Śladami Watahy

Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady. Hasło odrobinę przereklamowane. Może są i tacy, którzy zrobili to spontanicznie. Mi zajęło to kilka ładnych lat, choć niewtajemniczeni bądź niedowiarkowie, odebrali to właśnie jako decyzję podjętą przy porannej kawie pod wpływem chwili. Tak czy inaczej, podjęłam tę decyzję bardzo świadomie – tak, tak, znam historię o domku w Karkonoszach, dziękuję za jakieś setki przesłanych filmików w tym temacie – i przeprowadziłam się do mojej ukochanej Wetliny pod Hnatowe Berdo, dokładnie 18 lat od dnia, kiedy pierwszy raz postawiłam stopę na bieszczadzkiej ziemi. Trzeba marzyć, pisałam kiedyś, ale też fajnie te marzenia spełniać. Uczucie bezcenne!

 

 

Przeprowadzka i urządzanie życia, poniekąd na nowo, wymaga czasu, pracy umysłowej i … tężyzny fizycznej. Dlatego też nie było mnie tu przez jakiś czas, ale obiecuję, że będę teraz dostarczać Wam regularnie bieszczadzkie (ale nie tylko) smaki i smaczki, te nowe, wcześniej nie odkryte i te już znane, odkrywane na nowo. Życie w górskiej wiosce płynie wolniej i tzw. jego proza wygląda inaczej niż w mieście. Jednak swoje trzeba codziennie zrobić, ogarnąć tematy różne, bynajmniej nie jestem tu na wakacjach, jak się niektórym wydaje. Choć przyznam, że mając biuro np. na tarasie z widokiem albo przygotowując kolejne pozycje menu do mojego klubu kolacyjnego lub kolacje degustacyjne w kuchni z widokiem, czuję się zdecydowanie lepiej i pracuję bardziej efektywnie niż pod dachem nawet najbardziej luksusowego szklanego biurowca ze złotymi klamkami. Dawno już rzekł Konfucjusz: wybierz pracę, którą kochasz, i nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu. Są też dni, kiedy wieczorem albo późną nocą, padam na przysłowiowego „pysia”, zmęczona, ale szczęśliwa. Jestem wdzięczna za każdy świt i zmierzch, słońce i deszcz, wiatr, burzę, tęczę, ptaszyny świergoczące nad potokiem i szalejące wokół hamaka, kolorowe motyle przysiadające na ramieniu, łąki pachnące letnim kwieciem i obfitością świeżych ziół, za nieograniczoną przestrzeń, która pozwala głęboko oddychać.

 

Gdzie diabeł mówi dobranoc…

Kilka dni temu, w ramach odkrywania nowych miejsc, wybrałam się z moimi bieszczadzkimi aniołami z sąsiedztwa, na wycieczkę w sam koniuszek bieszczadzkiego worka. Pierwszym celem były torfowiska na terenie nieistniejącej już wsi Tarnawa Wyżna, tuż przy granicy z Ukrainą, którą wyznacza bieg górnego Sanu. Jak wiele tutejszych wsi, ma swoją tragiczną powojenną historię – mieszkańcy zostali w 1946 roku wygnani do ZSRR, a wioska zrównana z ziemią. Trzydzieści lat później powstał tu rezerwat florystyczny, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych niestety zdegradowano ekosystem działaniami Gospodarstwa Urzędu Rady Ministrów, potem ekspansją Igloopolu, na szczęście od lat to już część Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Po dwóch torfowiskach możemy spacerować wytyczonymi drewnianymi pomostami. Rozpoczynając wędrówkę, podziwiamy gniazdo Tarnicy z drugiej strony niż najbardziej znane i uczęszczane szlaki: przed nami roztacza się piękna panorama pasma Wołowy Garb (Słoń, Trumna), Halicz, Krzemień, Kopę Bukowską i Bukowe Berdo.

Tuż za rogiem otwiera się brama do magicznego świata przyrody. Bór bagienny, niczym z filmów fantasy, zwłaszcza, gdy wśród nas fruwają i szczebioczą dwa małe urocze elfy Tosia i Lila, częstuje nas obfitością flory i fauny. Czego tu nie ma! Drzewostan dominuje sosna zwyczajna, brzoza i świerk. Pod nogami, a właściwie wokół kładek, którymi wędrujemy, znajdziemy rosiczkę okrągłolistną, borówkę bagienną, żurawinę, brusznicę czy turzycę. No i mech. Mech po horyzont. Tak aksamitny, puszysty i mięciutki, że nachodzi ochota na małą sjestę w jego objęciach. Nie mamy jednak czasu na drzemkę, więc po kanapeczkach popijanych miętownicą i paru innych słodkich grzeszkach, zmierzamy w kierunku kolejnej atrakcji na mapie naszej marszruty.

 

Gdzie jest Rebrow?

Ktoś jeszcze nie widział serialu „Wataha”? To macie do nadrobienia trzy sezony! Mówicie, że w listopadzie? Rozumiem. Też wolę korzystać z letnich długich dni i plenerów, a na zaległości serialowe i książkowe przyjdzie czas, gdy mnie tu zasypie – w końcu dobrze znam historię o domku w Karkonoszach…😉 Póki co, ci, którzy widzieli serial, nie mogą nie odwiedzić kultowego domku Rebrowa, w kórym się ukrywał przed światem. W drodze powrotnej z torfowisk, między Tarnawą Niżną a Mucznem, zatrzymujemy się na parkingu przy wejściu na szlak do punktu widokowego Pichurów. Ciekawostką są tu filary mostu dawnej kolejki wąskotorowej, biegnącej niegdyś do Sokolików. Po kilometrze spaceru szutrową drogą, docieramy do celu – przed nami znów Krzemień, Kopa Bukowska i Bukowe Berdo oraz dolina potoku Roztoki.

Stąd już tylko kilkanaście schodków w górę w las i pytamy „gdzie jest Rebrow?” Połowy dekoracji serialowych już nie ma, ale domek stoi i można poczuć tamten klimat, sięgając pamięcią do scen mrożących krew w żyłach. Droga zwana „dziewiętnastką” (leśnicza nomenklatura), prowadzi z punktu widokowego dalej do Bukowca, gdzie zaczyna się tzw. Błękitna Aleja, wiodąca na Halicz. Dlaczego Błękitna? Powód mało romantyczny. Ponoć przy ścince lasu w trakcie budowy drogi, najpopularniejszym płynem wzmacniającym był…  denaturat. My wracamy na dół, po drodze przegryzając pyszne słodziutkie leśne poziomki, wąchamy kwiatki i podśpiewujemy z leśnymi ptaszynami. Gdzieś w oddali chruczą już do nas żubry…

 

Co chruczy żubr?

Pozwólcie przedstawić sobie:

Pan żubr we własnej osobie.

No, pokaż się, żubrze. Zróbże

Minę uprzejmą, żubrze.”

(Jan Brzechwa)

 

Tak, żubry chruczą. No chyba, że pokłócą się przy „stole” o buraka, to wtedy potrafią ryknąć. Nasze żubry spokojnie relaksowały się między starymi jodłami i świerkami nad potokiem Czerwonym. Zagroda pokazowa jest położona ok. 2 km przed Mucznem, jadąc drogą ze Stuposian do Tarnawy Niżnej. Powstała dla odnowienia gatunku w ramach projektu „Ochrona in situ żubra w Polsce – część południowa” współfinansowanego przez Unię Europejską i Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.  Spotkamy tu żubry linii białowiesko-kaukaskiej tzw. górskiej, pochodzące z Szwajcarii i Francji, w ich naturalnym środowisku – na 7 ha mają sporo swobody. Żubry po wypuszczeniu na wolność kręcą się jeszcze jakiś czas w pobliżu zagrody i już kilkakrotnie witały nas przy samej drodze. Warto jednak pamiętać, że to nie swojska wiejska krówka i nie wychodzić z samochodu, żeby zrobić sobie selfie… Tym bardziej, widząc w stadzie młode cielaki. Nasze „żubrzątka” już troszkę padały z nóżek, więc udałyśmy się na zasłużony obiad.

Gdzie? Wiadomo! Wilcza Jama w Smolniku – to w końcu stały punkt programu w tamtej okolicy. Zawsze w moim absolutnym topie bieszczadzkiej gastronomii. Doskonały poziom, odkąd pamiętam,  jeszcze z czasów Mucznego. Dylematy już od wejścia: carpaccio z sarny czy domowy pasztet z dzika? Barszcz czerwony czy rosół z bażanta? Bigos myśliwski, smażony pstrąg wprost z lokalnego stawu a może gulasz z sarny w borowikach? A tu jeszcze serniczek albo torcik makowy z bezą na deser. W efekcie wytaczamy się, z nawiązką, ale i dziką radością, uzupełniwszy stracone na szlaku kalorie. Elfiki zasypiają w locie, mkniemy serpentynami do domu, naładowane słońcem, soczystą zielenią, pozytywną energią, dobrym wspólnym czasem i już planujemy kolejną wyprawę.

Do zobaczenia na szlaku!