Zaczarowana dorożka, zaczarowany koń czyli rumakowanie po bezdrożach Beskidu

Dość szybko wróciłam do niedawno odkrytej beskidzkiej krainy czarów, o której pisałam w październiku. Sprawcą całego zamieszania był… Josh Groban. Skoro koncert w środku tygodnia w Krakowie to weekend pewniakiem na południu. A jeśli stąd już tylko dwie godziny w Beskid Śląski to kierunek Leszna Górna, Pokoje Gościnne w Starym Sadzie i Stadnina Epona. Na horyzoncie pani zima malowała już pięknie górskie szczyty białym puchem, a koniki rżały radośnie „przyjedź, przyjedź do nas”…

 

 

Tydzień do Świąt, większość narodu w ferworze walki z myciem okien, w kolejkach po prezenty czy poszukiwaniu choinki. Wybrana już i odstawiona w kącik, piękna jodła kaukaska czekała sobie spokojnie na mój powrót, okna poczekają do wiosny, gdyż nie lubię niepotrzebnie marznąć, prezenty  gotowe do zapakowania w przeddzień Wigilii. Zatem o świcie w drogę! Krótka przerwa w Krakowie, zamiana rumaków na bezpieczniejsze 4×4 i w drogę! W międzyczasie biały puch znacznie powiększał objętość, więc czułam się zdecydowanie bardziej komfortowo mając dookoła szereg wspomagaczy. Co prawda, nie zastąpią nigdy moich oczu i rozumu, ale świadomość ich istnienia zdecydowanie poprawia nastrój. Generalnie nie robię postanowień noworocznych, powiedziałabym, że to raczej jeden z listy priorytetów – pomyśleć o nowej maszynie. 7-latek daje radę w mieście i trasie, ale staje się skarbonką z cienkim dnem. Jako, że dużo podróżuję i lwią część roku z pasją spędzam w terenie na wertepach, naturalnie zaczęłam od Subaru XV 1.6. Kiedyś mógł liczyć się kolor i  schowek na torebkę, ale dziś zależy mi, żeby bezpiecznie i wygodnie dotrzeć z punktu A do punktu B. Nudna się robię po czterdziestce? Może i tak, ale wolę pożyć dłużej, bo mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia😊 Wśród górskich zimowych wspomnień mam też kilka anegdot na temat mojego małego „bolida”, którego kilka razy wciągano na oblodzoną górkę albo stał biedny porzucony na dole, a ja gnałam na nóżkach dwa kilometry po ciemku do pensjonatu na górze, gdy zasiedziałam się z Przyjaciółmi, nie zauważywszy, że zmrok dawno zapadł. Miśki na szczęście wtedy spały, inne zwierzęta również nie były zainteresowane. Uff…

 

 

A cóż tam w Lesznej? Na południu bez zmian. Dom pełen dobrych Ludzi, serdeczności, ciepła, radości, pysznych zapachów i smaków. Przekochane czworonogi, merdające ogony, w stajni wesołe rżenie czterokopytnych i szalejące w sianie kociaki. Na rozgrzewkę domowa pomidorowa, racuchy z jabłkami przygotowane z sercem przez Małgosię, pogaduchy w towarzystwie uroczych małych sąsiadeczek, które zajrzały na obiad. Jeszcze tylko krótka wycieczka do Bielska-Białej wieczorową porą, szybkie zwiedzanie Starówki w poszukiwaniu Malokarpatskiej Vinoteki (ul. Podcienie 13A), gdzie leją z beczki słowackie wino porzeczkowe (są smaki, których się nie zapomina!), odbiór Iwonki z dworca PKP (o dziwo punktualne IC!) i powrót do naszej zimowej kryjówki.

 

 

Śniadania w Starym Sadzie są obfite i niespieszne.  W dobrym towarzystwie delektujemy się prawdziwym smakiem lokalnych dobrodziejstw, wędlin, serów, jajek od szczęśliwych kur, świeżych warzyw,  domowych przetworów, konfitur, wyborem herbat i kaw. Za oknami hasają sarny i wiewiórki, sikorki przysiadają na gałęziach starych jabłoni. Można się zatopić i zapomnieć o całym świecie. Gdy zasiedzimy się za długo, dzień – zwłaszcza zimą! – robi się krótki, więc tym razem był szybki zryw na spacer, żeby zdążyć na obiad. Były „przecieki” od Pani Jańci (lokalny geniusz kulinarny!), że ma być ogórkowa. No i porumakować na żywym koniu chciałam przed zmrokiem.

 

 

Atrakcji w okolicach jest moc. Ciekawe miejsca do zwiedzania, np. XV-wieczny Zamek w Dzięgielowie między Ustroniem, Wisłą i Cieszynem, Muzeum Regionalne Stara Zagroda w Ustroniu (w sezonie), niedaleko stąd do pięknego Cieszyna i czeskiego Trzyńca. Jednak przede wszystkim raj dla aktywnych: szlaki piesze i rowerowe różnej trudności, zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie. Do Czech przysłowiowy rzut beretem. Po co więc jechać do Ustronia, gdy obie Czantorie – Mała i Wielka – w zasięgu spaceru przez las. No ale, gdy czasu mało to wycieczka odbyta „rumakiem” mechanicznym, doskonale przystosowanym do warunków na suto zaśnieżonych leśnych stokówkach między Leszną Górną a czeskim Nydkiem. Gdy już naprawdę dalej się nie dało, trzykilometrowa rundka piesza w śniegu po kolana. Bez rakiet trochę ciężko, jednak to też miało swoje uroki.

 

 

Po takim hauście świeżego powietrza, pysznym obiedzie, mojej konnej rundce na placu i wyczyszczeniu niezwykle cierpliwej fryzyjki Rejtske, pozostało zalec na kanapach przy kominku, popatrzeć w wesoło trzaskający ogień. Z jednej strony dobrze, że ten dzień zimowy taki krótki. Przydało się nam dolce far niente z Luną i Czatą u stóp i butelką wspomnianego słowackiego wina porzeczkowego.

 

 

 

W niedzielę już świadomie wstałyśmy wcześniej – Pani Jańcia szepnęła, że na obiad ma być daniel i kluski śląskie! Porumakowałam tym razem na Dyńce w terenie – krótki spacer, aczkolwiek trudny, bo trochę ślisko, góra-dół, za to widoki z zaśnieżonej łąki i dwóch metrów końskiego grzbietu nie do podrobienia. Pisałam już, że Bożena, właścicielka Epony, jest wspaniałą trenerką i będę to powtarzać zawsze. Polecam z całego serca wszystkim miłośnikom czterech kopytek. Rozgrzana po lekcji, poleciałam z Iw na Wielką Czantorię. Można tam iść czarnym szlakiem od strony Goleszowa przez Mała Czantorię. Porzuciłyśmy jednak „rumaka” na drodze z Lesznej do Nydka i weszłyśmy od czeskiej strony żółtym szlakiem, skręcając na Horze na szlak czerwony, prowadzący do Chaty pod Czantorią. Szlak trochę przedeptany, choć na dziesięciu kilometrach spotkałyśmy raptem trzy osoby. To właśnie jedna z przewag czeskich Beskidów. W Wiśle i Szczyrku już zaczęło się narciarskie szaleństwo a tu cisza, spokój, krystalicznie czyste powietrze, niczym niezmącona biel, zapierające dech w piersiach widoki, kryształowe szadzie na gałęziach drzew, leśny artyzm wyrzeźbiony ręką matki natury. Żal było wracać.

 

 

Łzy jednak szybko obeschły, nie tylko w obliczu smogu, który w świetle powyższych wrażeń, uderzył w nos ze zdwojoną mocą już w Bielsku. Po dwóch pracowitych dniach w krakowskim home office,  nadeszła wiekopomna chwila, na którą czekałam od kilku lat. Bridges Tour Josha Grobana i koncert w Tauron Arenie. Nie zawiódł! To było absolutnie wspaniałe i niepowtarzalne wydarzenie. Spełniłam marzenie i spełniam kolejne. Po Świętach wybieram sie do jednej z okolicznych stajni na dalsze regularne lekcje. Następnym razem wycieczka na Czantorię na żywym rumaku 😊

 

O Autorze 

    Znajdź mnie:
  • facebook
  • pinterest