Bo czasem dobrze jest urwać kazimierski kwadransik

Weekend. Budzę się o świcie, choć budzik w te dni nie istnieje. Piję kawę i niesie mnie gdzieś… Wiem: Kazimierz nad Wisłą. Niedaleko, bo 120 km. Malownicza droga przez Puszczę Kozienicką i nadwiślańskim wałem, jeszcze tylko stary most w Puławach (ten lubię najbardziej!) i już prawie jestem. Mijam poletka chmielu wijącego się na wysokich tyczkach, domy z piaskowca, kolorowe malwy przy płotach śmieją się szeroko. Już rondko w Bochotnicy, po lewej zalesione wzgórza, po prawej przełom Wisły. Uśmiech rośnie z minuty na minutę, przychodzi błogi spokój. Zostawiam wszystko za rondkiem. Jestem w innym świecie, moim świecie.

Kazimierz

Zielona Tawerna

Wiosna, lato, jesień czy zima – każda pora jest dobra na „kwadransik” w miasteczku pełnym magicznych zaułków, historycznych ścieżek, legend, perełek architektury, artystycznych galerii i klimatycznych knajpek. W powietrzu zawsze wisi to coś. Nienazwany aromat kojący duszę, wywołujący uśmiech właściwie bez powodu, rozpraszający myśli, przywracający marzenia. Jakże łatwo się w tej aurze malowniczej zatopić, zapomnieć o wszystkim, być tu i teraz, chłonąć czarodziejską moc. Taką, jaką poczułam kiedyś w Willi pod Wiewiórką, letnim domu Marii i Jerzego Kuncewiczów, w którym teraz jest muzeum. Domu, do którego wchodząc, czujesz, że wkrótce spotkasz jego gospodarzy, bo wyszli gdzieś tylko na kwadransik… A „kazimierski kwadransik’ potrafi przecież trwać i trwać.

Kazimierz2Miasteczko i okoliczne plenery upodobali sobie szczególnie malarze, co sprawiło, że Kazimierz stał się oazą twórców. Na każdym rogu galeria, wystawy, wernisaże. Miłośnicy historii nie zawiodą się, zwiedzając wspaniale odrestaurowane zabytki. Z czasów średniowiecza pochodzi kamienna wieża zwana Basztą, poniżej niej ruiny XIV-wiecznego Zamku Kazimierza Wielkiego, z którego, według legendy, podążał lochami do zamku w pobliskiej Bochotnicy, gdzie mieszkała jego ukochana piękna Esterka. Piękne spichlerze zbożowe nad brzegiem rzeki upamiętniają rozkwit miasta na przełomie XVI i XVII wieku. Na renesansowym planie miasta odnaleźć można kamienice dawnych kazimierskich rodów kupieckich: Celejów, Górskich, Przybyłów. Nie można ominąć Kościoła Farnego, który prezentuje się jeszcze bardziej okazale po niedawno zakończonej renowacji. Żal, że tak mało pozostało po wspólnocie chrześcijańsko-żydowskiej, która funkcjonowała w Kazimierzu od czasów średniowiecza: XVIII – wieczna synagoga, budynek jatek koszernych i kirkut.  Dzieje się w Kazimierzu, oj dzieje. Najsłynniejszy bodajże Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi, Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych, Festiwal Muzyki Dołującej – Doły, Pardes Festival – Spotkania z Kulturą Żydowską, Kazimiernikejszyn czyli gra kontrastów, festiwal bez spinki, muzyka alternatywna i mnóstwo szalonych aktywności, ale też letnie koncerty muzyki organowej i kameralnej w Farze. „Kwadransik” w powyższych przypadkach potrafi równać się tygodniowi.

Aktywni poczują wiatr we włosach (choć bezpiecznej założyć jednak kask), wsiadając na rower i pędząc po okolicznych lessowych wąwozach, które gęstą siecią oplatają miasteczko. Można się zmęczyć, czego również doświadczyłam na dwóch kółkach. Najpiękniejszy z nich to bez wątpienia Korzeniowy Dół, wspaniałe dzieło Marki Natury, pełen niesamowitych baśniowych form, niczym w filmach fantasy.

Korzeniowy Dół
Do Korzeniowego Dołu zwykle zaglądam podczas swojego rytualnego wręcz spaceru. Każdy mój „kazimierski kwadransik” zaczynał się dotąd przekąską późnośniadaniową lub wczesnoobiadową w Zielonej Tawernie – latem w tajemniczym ogrodzie, zimą – w klimatycznych wnętrzach. Naładowana energią z pysznych pierogów ruskich „inaczej” (z paremezanem!), wędrowałam do Korzeniowego Dołu, wracając obok Baszty i Zamku. Po 10 km padałam w miękki fotel w ulubionej Herbaciarni u Dziwisza przy ul. Krakowskiej, delektując się aromatyczną herbatą, kawą i nieodzownym domowym ciastem. Bywało, że tam „kwadransik” trwał do wieczora. Z malowniczej Krakowskiej, spacer nadwiślańskim bulwarem i nieodłączna pamiątka czyli kogut z piekarni Sarzyńskich. Kogut, o ile zdoła przetrwać podróż do domu, skutecznie ratuje życie następnego ranka, gdy okazuje się, że pieczywa brak.

Herbaciarnia u Dziwisza

W jeszcze letni, wrześniowy weekend wybrałyśmy się do Kazimierza z moją Przyjaciółką literatką w poszukiwaniu inspiracji. Krótka podróż , jak zwykle dobrze mi robi. Wiadomo: „kazimierski kwadransik” = dystansik.  Tym razem zerwałyśmy z rytuałem i postanowiłyśmy przetrzeć nowe szlaki. Na pierwszy ogień krótkie acz strome zdobywanie Góry Trzech Krzyży. Zapierający dech w piersiach widok na czerwone dachy renesansowych kamienic, Farę, Zamek, w dole Rynek a w tle majestatyczna królowa polskich rzek z cudownymi piaszczystymi plażami, niedostępnymi dla ludzkich stóp.

Góra Trzech KrzyżyPrzystankiem obiadowym miała być tym razem restauracja Kuchnia i Wino w Hotelu Vincent przy ul. Krakowskiej , polecana przez kilku znajomych. Nie zawiodłyśmy się. Z poczuciem humoru przywitał nas sympatyczny kelner, pan Grzegorz. Nie zdążyłyśmy jeszcze nacieszyć oczu klimatem tego miejsca a już na stół wjechała kawa, woda, lemoniada lipowa z ekologicznej okolicznej produkcji i białe wino.

Kuchniaiwino1

Po dłuższym namyśle, z nieocenioną pomocą pana Grzegorza, wybrałyśmy. Najpierw zupy. Skusiłam się na zalewajkę (ziemniaki, por, zakwas, uszka, kapusta). Ku mojemu zdziwieniu dostałam prawie pusty talerz, na dnie parę uszek i dziwne minikuleczki wielkości łebka od szpilki. Jak się okazało powstały pod wpływem Wojciecha Modesta Amaro, który układał tu menu i szkolił kucharzy. Kulki okazały się być miodowo-balsamiczne i gdy kelner wlał z dzbanka zielony aksamitny krem, rozpuściły się, nadając mu wspaniały aromat. Kasi rosół z królika z kluseczkami nie obfitował w takie niespodzianki ale równie przyjemnie pieścił podniebienie. Co prawda zupy mogłyby być podawane jednak gorące. Dalej było jeszcze ciekawiej. Nie byłam zbyt głodna więc postawiłam na sałatę z wędzonym pstrągiem, który w połączeniu z fenkułem, zielonym jabłkiem i miodem akacjowym, spowodował nieznane mi wcześniej doznania smakowe. Skoro u mnie pstrąg, na talerzu Kasi wylądowała troć w towarzystwie soczewicy, groszku cukrowego, pora i ogórka, z fantazyjnymi wzorkami z sosów. Moja Przyjaciółka rzadko zjada do końca to, co ma na talerzu. Dobrze , że spróbowałam na początku, bo okruch nie został. Niech to będzie najlepszą recenzją.

Kuchnia i Wino2Na deser nie miałyśmy już niestety miejsca – będzie pretekst do następnej wizyty. Co prawda, za pół godziny, po tradycyjnej już rundzie bulwarami nad Wisłą, okazało się że mamy miejsce na… gofry z bitą śmietaną w kultowej cukierni przy Rynku. Ostatniej tradycji stało się zadość, czyli kogut od Sarzyńskich do porannej kawki został zakupiony, a z nowości kazimierskie krówki. Obiadowy „kwadransik”, jak widać, wydłużył się znacznie.

Z nostalgią opuszczałyśmy Kazimierz a jednocześnie z radością, spełnieniem, inspiracjami, których szukałyśmy. Bo czasem dobrze jest urwać „kazimierski kwadransik”… 

Kazimierz4

 

Polecam:
http://www.restauracjakuchniaiwino.pl/pl/
http://herbaciarniaudziwisza.pl/
http://www.mnkd.pl/dom-kuncewiczow
http://intelektualnedrogowskazy.pl/

O Autorze 

    Znajdź mnie:
  • facebook
  • pinterest

Odpowiedz