Barbarzyńca w winnicy – toskańskie wspomnienia Piotra Wisłockiego

Jedziemy z Żoną do Toskanii nastawieni na oglądanie tego co chcą wszyscy – Florencja, Sienna, Piza, San Gimignano. O winie jeszcze nic nie wiemy.

Po długiej podróży samochodem docieramy na miejsce – Roccalberti, rejon Toskanii o nazwie Garfagnana nad malowniczą doliną potoku Serchio, pomiędzy Alpami Apuańskimi i Apeninami. Nietypowa, bo mocno górzysta część Toskanii odcięta od świata i ludzi. Samo Roccalberti, to mała, trudna do znalezienia na mapie wioska składająca się z 10 domów. Słońce, cykady, przestrzeń gór i pola wokół. Nasi Gospodarze – Arnalda i Feliciano, przemili ludzie – witają nas, jakby znali od zawsze. Nie będę opisywał odczuć, jakie ma człowiek z naszego kręgu kulturowego, jeśli wszyscy spotkani po drodze mieszkańcy wioski witają się i pytają czy wszystko w porządku, ciesząc się jak dzieci, kiedy próbujesz coś powiedzieć po włosku. Albo, gdy sprzedawca w sklepie z wędliną, widząc że patrzysz się na monstrualnych rozmiarów mortadelę z oliwkami, kroi jej solidny kawał, daje ci go do ręki i nalewa jeszcze kieliszek wina, żeby lepiej smakowało. Albo, kiedy idziesz do baru w wiosce przy drodze w górach, mówisz, że jesteś przyjacielem Feliciano, prosisz o klucz od kościoła z IX wieku, który gdzieś tu jest, dostajesz zardzewiały klucz wielkości klucza do zmiany kół samochodowych i gdy tym kluczem otwierasz kościół wielkości kawalerki wyciosany z kamienia pełnego już porów wielkości pięści, po 1100 latach deszczów i słońca. Gdy siadasz na kilkusetletniej, ciągle używanej w niedzielny poranek ławie, widzisz Biblię i jedyny kolorowy akcent, figurę Matki Boskiej i nie wiedzieć, czemu rozmawiasz szeptem, chociaż jesteście we dwójkę. Nawet prawnik się rozczuli nad tym wszystkim.

Pierwsze spotkanie z winem, podobne do reszty. Pora obiadu. Na stole stojącym na tarasie z widokiem na Apeniny postawiłem butelkę Brunello di Montalcino, którą nabyłem, nieświadom wtedy co kupuję – tuza włoskich win, jedno z kilku najbardziej znanych. Zagaduję przechodzącego właśnie Feliciano, czy nie napije się z nami lampki wina. Odpowiada, że nie, bo Arnalda właśnie nakłada obiad, ale, gdy podszedł do stołu i zerknął co na nim stoi, uśmiechnął się szeroko od ucha do ucha, oko mu błysnęło, i że jednak poprosi, a obiad – trudno – MUSI zaczekać. Bo przecież to nie wino, to BRUNELLO!!! Nalałem wino. Podniósł kieliszek, obejrzał, powąchał, zakręcił winem w kieliszku, jeszcze raz obejrzał, powąchał, wszystko naturalnie, delikatnie, jakby trzymał w ręku kruchy skarb. Eh… Brunello – westchnął, pokiwał z aprobatą głową i przymknął oczy. Zza rogu słychać było głos zbliżającej się energicznie Arnaldy. Z potoku słów wyrzucanych z prędkością karabinu maszynowego, dało się zrozumieć, że obiad, i że stygnie i co myśli o Feliciano. Arnalda nie przerywając głośnego potoku słów podchodzi do stołu. Feliciano na fotelu, rozmarzony, w półleżącej pozycji, z wyrazem twarzy przypominającym małego chłopca objadającego się ulubionymi słodyczami. Z przepraszającym uśmiechem mówi: kobieto, piję Brunello! Arnalda milknie.

Kiedy po latach okazało się, że mój obecny wspólnik, winomaniak większy zdaje się ode mnie, szuka partnera do stworzenia kawałka Italii w Warszawie, nie wahałem się ani chwili. I tak powstała winiarnia Kotłownia. Z mojej strony – przez jedną butelkę Brunello na tarasie w dziwnej części Toskanii.

 

Piotr Wisłocki


http://winiarnia-kotlownia.pl/

Odpowiedz